Przejdź do treści
Archiwum wspomnień Fundacja Plenerownia

Archiwum wspomnień

Zbiór: Szkoła i dzieciństwo

Dawne szkoły, nauka i dziecięce obowiązki.

8 wspomnień · Archiwum wspomnień

Fundacja Plenerownia Srebrna Małopolska – Województwo Małopolskie

Zadanie realizowane przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego
Projekt „Senior w świecie AI – Jak sztuczna inteligencja wspiera codzienne życie i zachowanie dziedzictwa”.

Szkoła w Hucisku

Hucisko · lata 60. · Fundacja Plenerownia

Dawna szkoła w Hucisku stoi do dziś. To prosty budynek z 1934 r., w którym przez wiele lat mieściła się szkoła, potem klub wiejski, a dziś jest świetlica, którą opiekuje się lokalne Koło Gospodyń Wiejskich. Na dole odbywały się lekcje, a na górze mieszkała nauczycielka. W Hucisku uczono się w klasach od pierwszej do czwartej. Dalej chodziło się pieszo do starej szkoły w Winiarach, a do ostatnich klas szkolnym autobusem do Gdowa.

Dzieci miały mnóstwo obowiązków w polu i w domu. Z zabaw najczęściej wspomina się klasy i dwa ognie. A kto chciał dojechać do liceum w Wieliczce, przez kilka lat chodził codziennie rano pieszo na autobus do Dobranowic.

Dzieci przy pracy w gospodarstwie

Grajów · lata 50. · Fundacja Plenerownia

„Nie było czasu na zabawy” – to zdanie powtarza się w wielu wywiadach. Dzieci od najmłodszych lat pomagały w gospodarstwie. Przygotowywały obrok, czyli paszę dla bydła, pasły krowy i konie, karmiły kury, grabiły liście, pomagały w stajni i opiekowały się młodszym rodzeństwem.

Latem były żniwa. Ktoś kosił kosą, a dzieci „odbierały” – zbierały skoszone zboże, wiązały je powrósłem w snopki i ustawiały w kopki, które wyglądały jak małe domki. Suszyło się siano i zwoziło je do stodoły. Jesienią przychodziły wykopki – kilkunastoletnie dzieci chodziły kopać ziemniaki także do sąsiadów. Zboże młóciło się cepami.

Dzieci zbierały jabłka, czarne porzeczki i agrest, a w lesie grzyby i jagody – rodzice sprzedawali je potem w Gdowie. Stało się też w kolejkach po chleb i cukier. Podłogi szorowało się ryżową szczotką i wykładało gazetami, żeby dłużej były czyste.

Nauka przy lampie naftowej i szkoła w czasie wojny

Szczytniki · lata 40. · Fundacja Plenerownia

Na wsi długo nie było prądu. Dzieci uczyły się przy lampie naftowej, a później karbidowej. Książki czytało się nawet w czasie pasienia krów – były jedynym oknem na świat.

Najstarsi dziadkowie pamiętają wojnę. Szkoła, którą zaczęli w czasie okupacji, została zamknięta. Wtedy nauczyciel zorganizował tajne nauczanie – wynajął izbę u jednego z gospodarzy i tam dzieci kończyły kolejne klasy. Po wojnie brakowało podręczników: wszystko przepisywało się z tablicy do zeszytów i z zeszytów się uczyło. Niektórzy skończyli tylko cztery klasy.

Jeden z dziadków po skończeniu szkoły zawodowej został skierowany do odgruzowywania zniszczonej Warszawy.

Szkoła z piecem kaflowym i kałamarzem

Grajów · lata 60. · Fundacja Plenerownia

Wiejska szkoła wyglądała skromnie. Często budynek był podzielony na dwie części: w jednej uczyły się dzieci, w drugiej mieszkał kierownik szkoły albo nauczycielka. Bywało, że cztery sale i czterech nauczycieli musiało wystarczyć na osiem klas. Część lekcji odbywała się w wynajętych izbach w domach we wsi.

Podłogi były czarne i śliskie, w każdej sali stał piec kaflowy, ubikacje były na zewnątrz, a bieżącej wody nie było. W ławce siedziały dwie osoby, a pośrodku stał kałamarz z atramentem. Dziewczynki nosiły granatowe fartuszki z białymi kołnierzykami. Nie było przedszkoli ani zerówek – szło się od razu do pierwszej klasy. W piórniku z drewna był atrament, pióro, ołówek i gumka, a z książek często tylko elementarz.

Za psoty albo nieprzygotowanie można było dostać od nauczycielki linijką po rękach, a kto mylił się w ortografii, codziennie przepisywał trudne wyrazy na pół kartki.

Był przedmiot „prace ręczne”: sadziło się kwiaty i warzywa w szkolnym ogródku. Zamiast angielskiego uczono rosyjskiego. Na religię chodziło się do kościoła – w szkole religii wtedy nie było. W jednej z parafii dzieci w ramach lekcji religii pomagały księdzu przy budowie kościoła: nosiły cegły, a w lżejsze dni zbierały jabłka i gruszki w jego sadzie.

Wróble pod strzechą i inne szkolne figle

Szczytniki · lata 60. · Fundacja Plenerownia

Dawniej wiele domów było drewnianych i krytych strzechą. Chłopcy, idąc do szkoły, łapali wróble spod strzechy, a potem wypuszczali je w klasie w czasie lekcji matematyki. W klasie zrobił się chaos, lekcja przepadła – a winnych nie znaleziono.

W innej szkole, kiedy lekcja odbywała się na boisku, chłopcy postawili krzesło surowej nauczycielki prosto na mrowisku. Klasa siedziała wokół na trawie i z trudem powstrzymywała śmiech. Kiedy mrówki zaczęły gryźć, nauczycielka chciała wiedzieć, kto to zrobił. Nikt się nie przyznał – klasa była solidarna.

Jedna z babć przyznaje dziś, że to był głupi żart. Ale wspomina go z uśmiechem.

Pięć kilometrów do szkoły

Szczytniki · lata 60. · Fundacja Plenerownia

Do szkoły chodziło się pieszo – dwa, trzy, a czasem nawet pięć kilometrów w jedną stronę. Drogami bez asfaltu, przez łąki i pola, żeby było szybciej. Jedna z babć chodziła w drewniakach, z plecakiem zrobionym z desek. Zimą brnęło się po kolana w zaspach. Zdarzało się, że rodzice nieśli dzieci do szkoły na barana albo wieźli na sankach – jeden sąsiad potrafił zabrać na sanki czwórkę dzieci z okolicy.

Po drodze działo się wiele. Jeden z kierowców ciężarówek, które woziły buraki z punktów skupu, podwoził dziewczynkę idącą daleko do szkoły – a jej mama w podziękowaniu dawała mu marynowane grzybki. Bywało, że dziecko podjechało kawałek wozem cygańskiego taboru – wtedy Romowie jeszcze wędrowali po Polsce całymi rodzinami. Raz przez łąki, równolegle do drogi, szedł prawdziwy wilk. Babcia w domu załamała ręce.

Czasem droga prowadziła przez las i przez rzeczkę. Zimą zdarzało się poślizgnąć i wpaść do wody – trzeba było wracać do domu i się przebierać. Kusiło też, żeby pojeździć na butach po zamarzniętym stawie w lesie. Raz lód się załamał i dziewczynka wpadła do wody; mama rozgrzewała ją potem pod pierzyną.

W drodze powrotnej dziewczynki zrywały na łąkach kwiaty dla mam i zioła, które potem suszono na wypadek choroby. A zawsze szło się grupą – z kolegami i koleżankami, opowiadając sobie śmieszne historie.

Dom, w którym mieszkały nauczycielki

Gruszów · Fundacja Plenerownia

W Gruszowie stoi stary drewniany dom, w którym mieszka już czwarte pokolenie jednej rodziny. Ma swoją szkolną historię: obok stała kiedyś szkoła, część domu wynajmowano na jej potrzeby, a później mieszkały w nim nauczycielki.

Latem dom tętnił życiem. Pod domem zbierali się chłopcy i śpiewali – dawniej we wsi pięknie się śpiewało, dziś, jak mówią gospodarze, śpiewów już prawie nie słychać.

Dom skrzypi i pachnie drewnem. Drewniana podłoga była tak wytarta, że trzeba było ją pomalować, a z kornikami w dachu walczy się do dziś. Ale dom stoi.

Szkoła z bieżącą wodą – dar profesora Bujwida

Czasław · lata 30. · Fundacja Plenerownia

Profesor Odo Bujwid, bakteriolog, który współpracował z Ludwikiem Pasteurem i miał duży udział w opracowaniu szczepionek – przede wszystkim przeciw wściekliźnie – swoją główną siedzibę miał w Czasławiu. W gminie Raciechowice pamięta się go nie tylko jako naukowca, ale też jako wielkiego społecznika.

Z własnych pieniędzy zbudował w Czasławiu szkołę i opłacił rozpoczęcie w niej nauki. To, co powstawało z jego inicjatywy, miało najwyższy ówczesny standard: szkoła już w latach 20. i 30. XX wieku miała bieżącą wodę. Jak na tamte czasy na wsi było to coś wyjątkowego.

Profesor przekazał szkole także swoją osobistą bibliotekę. Starej, murowanej szkoły już nie ma – na jej miejscu stoi nowa. W Czasławiu trzymano konie, z których pobierano krew do produkcji surowic i szczepionek. Po wojnie konie do surowic trzymano w pobliskiej Wolicy, gdzie powstało państwowe gospodarstwo.

Zanim dwór kupił Bujwid, należał do Rayskich. W Czasławiu urodził się w 1892 r. Ludomił Rayski, późniejszy generał i dowódca polskiego lotnictwa.

W gminie przypomina się postać profesora na spotkaniach z seniorami i z młodzieżą w szkołach.