Przejdź do treści
Archiwum wspomnień Fundacja Plenerownia

Opowieść · Szkoła i dzieciństwo

Pięć kilometrów do szkoły

Gdzie
Szczytniki
Kiedy
lata 60.
Opracowanie
Fundacja Plenerownia

Do szkoły chodziło się pieszo – dwa, trzy, a czasem nawet pięć kilometrów w jedną stronę. Drogami bez asfaltu, przez łąki i pola, żeby było szybciej. Jedna z babć chodziła w drewniakach, z plecakiem zrobionym z desek. Zimą brnęło się po kolana w zaspach. Zdarzało się, że rodzice nieśli dzieci do szkoły na barana albo wieźli na sankach – jeden sąsiad potrafił zabrać na sanki czwórkę dzieci z okolicy.

Po drodze działo się wiele. Jeden z kierowców ciężarówek, które woziły buraki z punktów skupu, podwoził dziewczynkę idącą daleko do szkoły – a jej mama w podziękowaniu dawała mu marynowane grzybki. Bywało, że dziecko podjechało kawałek wozem cygańskiego taboru – wtedy Romowie jeszcze wędrowali po Polsce całymi rodzinami. Raz przez łąki, równolegle do drogi, szedł prawdziwy wilk. Babcia w domu załamała ręce.

Czasem droga prowadziła przez las i przez rzeczkę. Zimą zdarzało się poślizgnąć i wpaść do wody – trzeba było wracać do domu i się przebierać. Kusiło też, żeby pojeździć na butach po zamarzniętym stawie w lesie. Raz lód się załamał i dziewczynka wpadła do wody; mama rozgrzewała ją potem pod pierzyną.

W drodze powrotnej dziewczynki zrywały na łąkach kwiaty dla mam i zioła, które potem suszono na wypadek choroby. A zawsze szło się grupą – z kolegami i koleżankami, opowiadając sobie śmieszne historie.

Dodano 8 października 2026

Pokaż innym

WhatsApp